Z każdym rokiem utwierdzam się w tym przekonaniu.
W swoim dwudziestoczteroletnim życiu miałam kilka "przyjaciółek od serca".
Pierwszą z nich poznałam, kiedy mając 3 lata przeprowadziłam się z rodzicami do innego mieszkania. Mieszkałyśmy drzwi w drzwi. Wszystko robiłyśmy razem, miałyśmy też takie same ubrania, np. majtki w zielone kropki i getry w myszki miki. Potrafiłam jej wybaczyć nawet to, że utopiła w wannie moje kasety wideo z nagranymi smerfami. A uwierzcie mi, nie było to łatwe dla siedmioletniego dziecka zakochanego w papie smerfie, którym wtedy byłam (nie papą smerfem, siedmioletnim dzieckiem zakochanym w papie!
). Myślałam, że nasza przyjaźń przetrwa wiecznie.
Coś jednak zaczęło mi śmierdzieć, kiedy poszłyśmy do gimnazjum, potem do liceum. Coraz częściej słyszałam, jaka ona nie jest piękna & utalentowana (zachwycała się sama sobą) i utalentowana & piękna (zachwycała się nią jej mama). A ja mam odstające uszy, krzywe zęby i duże oczy (teraz za nie dziękuję Bogu, ale w tamtym czasie były moją zmorą) - wg słów mojej przyjaciółki. Znajomość z tą panią postanowiłam zakończyć, kiedy poszłyśmy na studia. Zamieszkanie w stolycy i zagranie w jednym odcinku W-11 jednak zmienia ludzi. Albo i nie zmienia, tylko ja jestem ślepa i niektóre rzeczy zauważam z lekkim, piętnastoletnim opóźnieniem.
Następna "przyjaciółka", podobnie jak 2 kolejne, potrafiła się do mnie uśmiechać, a 15 minut później obrabiać mi dupę za plecami. Za plecami - dosłownie! Byłyśmy razem na imprezie. Rozmawiając ze swoim chłopakiem odwróciłam się do niej plecami, a ona (co prawda spita, ale podobno wtedy człowiek jest najbardziej szczery) zaczęła na mnie nagadywać swojemu koledze (sic!). Grzecznie, nie przerywając, wysłuchałam ją do końca, po czym powiedziałam jej co o niej myślę. Musiało pójść jej w pięty
Tak skończyła się moja x przyjaźń.
O kolejnych szkoda się rozpisywać. Straciłam wiarę w instytucję przyjaźni. Naprawdę.
Wszystko zmieniło się, kiedy parę lat temu poznałam moją najlepszą przyjaciółkę. Rozumiałyśmy się bez słów. Była dla mnie jak siostra. Dopóki nie poznała swojego chłopaka, który zrobił jej z mózgu kupę. Po 5 miesiącach znajomości z nim (znam ją 5 lat), potrafiła mi powiedzieć, że: "przecież sama dobrze wiesz, jeśli któraś z nas musi wybierać pomiędzy naszą przyjaźnią a chłopakiem, wybierze chłopaka". Zobaczymy, jak będzie śpiewać, kiedy jej miłość po raz trzeci ją rzuci. Tzn. ja już nie zobaczę, bo z nią nie rozmawiam.
Jedyna osoba, o której mogę mówić w kategoriach przyjaźni, jest mój chłopak. Tylko co zrobić, kiedy zobaczę na ulicy jakieś ciacho, do którego chciałabym powzdychać z moją przyjaciółką?
W swoim dwudziestoczteroletnim życiu miałam kilka "przyjaciółek od serca".
Pierwszą z nich poznałam, kiedy mając 3 lata przeprowadziłam się z rodzicami do innego mieszkania. Mieszkałyśmy drzwi w drzwi. Wszystko robiłyśmy razem, miałyśmy też takie same ubrania, np. majtki w zielone kropki i getry w myszki miki. Potrafiłam jej wybaczyć nawet to, że utopiła w wannie moje kasety wideo z nagranymi smerfami. A uwierzcie mi, nie było to łatwe dla siedmioletniego dziecka zakochanego w papie smerfie, którym wtedy byłam (nie papą smerfem, siedmioletnim dzieckiem zakochanym w papie!
). Myślałam, że nasza przyjaźń przetrwa wiecznie. Coś jednak zaczęło mi śmierdzieć, kiedy poszłyśmy do gimnazjum, potem do liceum. Coraz częściej słyszałam, jaka ona nie jest piękna & utalentowana (zachwycała się sama sobą) i utalentowana & piękna (zachwycała się nią jej mama). A ja mam odstające uszy, krzywe zęby i duże oczy (teraz za nie dziękuję Bogu, ale w tamtym czasie były moją zmorą) - wg słów mojej przyjaciółki. Znajomość z tą panią postanowiłam zakończyć, kiedy poszłyśmy na studia. Zamieszkanie w stolycy i zagranie w jednym odcinku W-11 jednak zmienia ludzi. Albo i nie zmienia, tylko ja jestem ślepa i niektóre rzeczy zauważam z lekkim, piętnastoletnim opóźnieniem.
Następna "przyjaciółka", podobnie jak 2 kolejne, potrafiła się do mnie uśmiechać, a 15 minut później obrabiać mi dupę za plecami. Za plecami - dosłownie! Byłyśmy razem na imprezie. Rozmawiając ze swoim chłopakiem odwróciłam się do niej plecami, a ona (co prawda spita, ale podobno wtedy człowiek jest najbardziej szczery) zaczęła na mnie nagadywać swojemu koledze (sic!). Grzecznie, nie przerywając, wysłuchałam ją do końca, po czym powiedziałam jej co o niej myślę. Musiało pójść jej w pięty
Tak skończyła się moja x przyjaźń.O kolejnych szkoda się rozpisywać. Straciłam wiarę w instytucję przyjaźni. Naprawdę.
Wszystko zmieniło się, kiedy parę lat temu poznałam moją najlepszą przyjaciółkę. Rozumiałyśmy się bez słów. Była dla mnie jak siostra. Dopóki nie poznała swojego chłopaka, który zrobił jej z mózgu kupę. Po 5 miesiącach znajomości z nim (znam ją 5 lat), potrafiła mi powiedzieć, że: "przecież sama dobrze wiesz, jeśli któraś z nas musi wybierać pomiędzy naszą przyjaźnią a chłopakiem, wybierze chłopaka". Zobaczymy, jak będzie śpiewać, kiedy jej miłość po raz trzeci ją rzuci. Tzn. ja już nie zobaczę, bo z nią nie rozmawiam.
Jedyna osoba, o której mogę mówić w kategoriach przyjaźni, jest mój chłopak. Tylko co zrobić, kiedy zobaczę na ulicy jakieś ciacho, do którego chciałabym powzdychać z moją przyjaciółką?

Od razu zostałam rzucona na głęboką wodę, bo po kolei poznawałam kolejnych członków rodziny mojego chłopaka. Z lotniska odebrał mnie ze swoją mamą, którą wyobrażałam sobie nieco inaczej:D przed przyjazdem widziałam ją tylko raz na kamerce i wydawała mi się całkiem sympatyczną kobietką. Ale kiedy stanęłam z nią twarzą w twarz... myślałam, że to ja jestem ekstrawertyczką i ogólnie zawsze dobrze się czułam wśród ludzi o podobnym usposobieniu, ale przy jej poziomie ekstrawertyzmu (dobrze to odmieniłam? 


-
Samara:
-
RoseMery:
-
w krzywym zwierciadle:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›